::księga gości::


2010
styczeń
2009
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
statystyka
Żeby chociaż było zero...

Zaraz za drzwiami uderzył mnie ostry, mroźny podmuch. Niecenzuralne słowa cisnęły się na usta, a wzrok powędrował na otoczenie, czy przypadkiem nikt nie porwał mnie niepostrzeżenie na jakąś Syberię. Nic z tego, to jednak rodzinna mieścina. Ruszyłem dziarskim krokiem tylko po to, żeby oczekiwać autobusu ponad dziesięć minut. Osocze mi zamarzło, a neurony oblodziły... Dotarłem do szpitala dla młodych pacjentów, żeby uczestniczyć w drugim w tym semestrze seminarium z psychologii. Generalnie w owym przybytku panują zawsze warunki szklarniowe, żeby lokalny narybek się dobrze hodował, więc cieszyłem się, że będzie to półtorej, ciepłej godziny. Zaprowadzono nas do jakiejś odległej sali, gdzie było jakby to delikatnie powiedzieć chłodno. Trzeba się hartować, a i potem docenia się ciepło bardziej. Ale za to samo seminarium ciekawe. Pani psycholog mówiła o komuniakacji z pacjentem, błędach, startegiach, rzecach zakazanych do mówienia/robienia. Część informacji wydała się nawet trochę za bardzo wydumana, ale generalnie idea całego przekazu i jego podstawowe punkty pozostawały jasne, oczywiste i mogące znaleźć odzwierciedlenie w praktyce. Szkoda, że nie mamy jak na razie możliwości warsztatowego odbycia takich zajęć, bo ucząc się tych wszytskich komóreczek, chorób, objawów wcale nie nabieramy umiejętności podejścia do pacjenta, musimy uczyć się tego ad hoc, na swoich błędach no i niejako na żywym materiale, czyli naszych pierwszych pacjentach. A jeszcze złożyć to wszystko i jednocześnie być wyczulonym medykiem, wyłapać niuanse i każdy mały objaw, zbadać pacjenta dokładnie, wysłuchać z zainteresowaniem, zachowywać się empatycznie, sprawić by poczuł się on centrum wszechświata, mówić językiem zrozumiałym, wyczuć jego charakter i całość do tego dostosować, a dodatkowo w tak zwanym międzyczasie machać długopisem wypełniając papiery i recepty, tak żeby się zmieścić w NFZowskim czasie wizyty, coby osób w kolejce nie irytować na wejście opoźnieniami, no toż to trzeba więcej się uczuć niż patomorfy i farmy razem wziętych.... A propos... Egzamin lada chwila. Starcie z patomrofologią, oj będzie się działo, wióry polecą, trup będzie się ścielił gęsto. Dziwnego zjawiska doświadczyłem też w związku z tym wydarzeniem, dziura w czasoprzestrzeni, czy inne pieruństwo, bo w piątek rano optymistyczna myśl mną kierowała, że spokojnie jest jeszcze tydzień, wystarczy bez stresu, a tu nagle budzę się w poniedziałek i dni zostało dramatycznie mniej, a moje odczucia odnośnie zawartych w szarych komóreczkach wiadomości nie uległy zmianie. Naukowcy zdecydowanie powinni to wyjaśnić, dla dobra ogółu studenckiej braci, bo okazuje się, że nie tylko ja przeżyłem coś takiego. Może to jakiś nowy Ebola czy inny Marburg? Dr House, ewentualnie ktokolwiek z Leśnej Góry na pomoc. A w ogóle to wyobraźnia ma nie ogarnia co by było jakby ON się TAM zatrudnił...


mehoffey 2010-01-26 14:11:29
skomentuj (0)
Sytuacja meteo...

Burza przynosi ulgę, odświeża, oczyszcza. Te letnie przychodzą nagle, wcale nieproszone, poprzedzone parną, duszną atmosferą, w której powietrze się zatrzymało, nie pozwalając odetchnąć. Szaleją kilkanaście minut i znikają za horyzontem, zostawiając nowy porządek molekuł, oczyszczają atmosferę. Za frontem idzie zmiana, na lepsze czy na gorsze, ale zawsze coś nowego, innego. Wyobraźmy sobie lato bez burz. Dwa, albo i trzy miesiące skwaru i duchoty? Kto by to wytrzymał? Mimo, że czasami niszczące, są konieczne. Są elementem jakiegoś większego cyklu, który zapewnia funkcjonowanie nas i tego co dookoła. Z jednej strony poszukujemy uporządkowania, chcemy aby życie było poukładane, miało swoje stałe elementy, bo to daje poczucie bezpieczeństwa. Wydawałoby się, że niektórzy wolą zmiany, podróże, nie potrafią się zatrzymać na dłużej, zostać w jednym miejscu, potrzebują ciągłej odmiany, ale dla nich to jest właśnie porządek, bycie w ciągłym ruchu daje im swego rodzaju poczucie bezpieczeństwa. Niezależnie w jakiej formie, jest ono istotne dla każdego. Jak dostrzec granicę między poukładaną egzystencją, a męczącą stagnacją? Przychodzi taki moment, że potrzeba wydarzenia, za którego frontem przyjdzie coś nowego. Przełomu, którego symboliczne kilkanaście minut będzie trudne, ciężkie, ale zarazem da nadzieję na odmianę, na oddech. Rewolucje zawsze w ostatecznym rozrachunku okazywały się korzystne. Pytanie ile możemy dla nich poświęcić? Totalnie wszystko? A może jakiś jeden, czy dwa elementy naszego mikroświata? Tylko czy wtedy nazwiemy to rewolucją? A może trwać dalej niezmiennie i czekać aż los, fatum czy przypadek załatwi wszystko za nas? Poczucie bezpieczeństwa i tak na jakiś czas stanie się wtedy obce, ale jego namiastkę da nam jednak kontrola nad całym frontem życiowej burzy. Zawsze istnieje jeszcze możliwość, że całkowicie wymknie się nam to spod kontroli, wtedy zostanie tylko freeride z dreszczykiem oczekiwania, co będzie za zakrętem. Gdzieś tam daleko huczy, jakby grzmiało, ale czarna chmura dopiero zarysowuje się na odległym horyzoncie.


mehoffey 2010-01-23 14:00:52
skomentuj (0)
Z sądowej na operacyjną...

Realizując się ostatnio na bloku operacyjnym, słuchając spokojnego bip i patrząc jak spokojnie śpią pacjenci, poznałem też techniczną nowinkę. BIS, to jest bispectral index scale (nie jestem taki mądry, wygooglałem...), sprytne małe urządzonko do monitorowania głębokości znieczulenia. Gdzieś mi się obiło o uszy, że coś takiego istnieje, ale przyznaję, myślałem, że w Polsce bardziej w kategorii informacji w literaturze, niż praktyki, a tu takie zaskoczenie. Wynalazek oczywiście pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, ale bynajmniej nie zrodził się z naukowej pasji, a jako konsekwencja codziennej, szarej prozy życia anestezjologów. Powstał wśród pacjentów amerykańskich, podchwycony ochoczo przez ichnich prawników, trend skarżenia lekarzy o tzw. anaesthesia awareness, czyli odzyskanie świadomości w trakcie operacji, z powodu niewystarczającego znieczulenia. Udowodnić delikwentowi, że kłamie mówiąc, że pół zabiegu czuł grzebanie skalpelem w klatce piersiowej było trudno, więc posypały się odszkodowania (a jako obrazek takiej społecznej autosugestii, owczego pędu czy jak to tam zwał, wystarczyło poczytać komentarze pod opisem filmu w którym główny bohater doświadczył tego zjawiska, kiedy to 3/4 komentujących użytkowaników onetu podobne doświadczenia miało za sobą...) Teraz za oceanem do każdej karty znieczulenia standardowo dołącza się wyniki pomiarów głębokości znieczulenia i żyła złota nagle jakoś się wyczerpała. Ale z powrotem na nasze lokalne podórko wracając, pierwszy raz byłem przy znieczuleniu pacjenta z użyciem BISu, no i ja, antyfan wszelkich gadżetów i nowinek technicznych nie miałem nic przeciwko niemu, a wręcz poczułem gdzieś tam w środku cichą sympatię. Przede wszystkim jest to kolejny parametr, który ułatwia bycie pewnym, że z pacjentem wszytsko dobrze (z oczywistym marginesem na awarię, błąd pomiaru i całą masę innych zdarzeń nieprzewidzianych, a co za tym idzie brak całkowitej pewności, jaki trzeba w medycynie mieć zawsze na względzie). Owszem jest to swego rodzaju bajer, bez którego można się obejść, o czym świadczy chyba fakt, że nie jest standardowo używany przy każdej operacji, nie ujmując nic jakości opieki nad uśpionym pacjentem. O głębokości znieczulenia, ewentualnym odczuwaniu bólu, pośrednio mówią też paramtery życiowe, ale już u pacjentów obciążonych np. chorobami serca, kiedy musimy pilnować chociażby odpowiedniego zakresu ciśnienia krwi, czy właściwych wartości tętna, tak aby nie były zbyt wysokie, czy za niskie, taki BIS ułatwi nam dobranie odpowiedniej ilości gazów anestetycznych, która zapewni właściwy sen i jednocześnie nie będzie znacząco działała depresyjnie na układ krążenia. Ekonomiczny rachunek też przemawia za użyciem wynalazku, bo podobno zużycie usypiaczy jest wtedy zdecydowanie mniejsze. A wygląda to tak, że w poprzek czoła pacjenta przykleja, się podłużny czujniczek, z kilkoma elektrodami, kóre odbierają impulsy elektryczne z mózgu, takie EEG. Sprytne urządzenie podłącza się z jednej strony do elektrodki, z drugiej do monitora, uzyskujemy wykres fal mózgowych i dodatkowo wartość cyfrową, kóra powstaje po przeliczeniu impulsów według bliżej nieznanych mi wzorów matematycznych, w skali 1-100, gdzie 100 to przytomny pacjent. Ot cała filozofia, a ja czytając o tym wyobrażałem sobie skomplikowane maszyny, z co najmniej kolejnym monitorem do kotnrolowania, z masą wskaźników i parametrów do ogarnięcia... Ciekawe ile by mi wyszło BISu w tym momencie, po nocy z patomorfą i niemożnością zasnięcia w jej niepatomrofologicznej części. Co by nie było ostatnie rysowanie mam już za sobą, ostatnie zaliczenie też, teraz albo ostatnia poprawka zaliczenia, albo prosta ścieżka do egzaminu... A paradoksem, którego żaden sąd, ani żadno laboratorium naukowe nie rozstrzygnie, jest pytanie dlaczego przed sesją letnią, która niczym nie różni się jakością od zimowej, mamy przynajmniej tydzień przerwy od zajęć, po niej trzy miesiące wakacji, a w zimową wchodzimy z marszu, z sesją poprawkową zaraz po właściwej i z zajęciami, zaraz po poprawkach? Istne być, albo nie być, tylko czaszki brak...


mehoffey 2010-01-11 16:58:11
skomentuj (0)
Prawie Leśna Góra...

Po zebraniu wywiadu, wróciliśmy do gabinetu, żeby przetrwaić z asystentką zebrane o pacjencie informacje. Pan miał nam służyć za modelowy przebieg przewlekłego zapalenia nerek- od niewielkiego białkomoczu x-dzieści lat temu, poprzez nadciśnienie i w końcu całkowitą niewydolność nerek, kilkuletnie dializy, a wszystko zakończone udanym przeszczepem nerki. Pacjent zgłosił się z podwyższoną temperaturą pewnego wczesnego popołudnia na Izbę Przyjęć, podejrzewając, że coś się wokół tej nowej nerki dzieje, bo i sikał też nie tak jak zwykle, a młode doktory wirtualnie się nim zajmowali.
-Co robicie?- pyta pani doktor.
No i zaczęliśmy od USG za 50 zł, zamiast od analizy moczu z 5 zł, ale nic to, potem szło nam lepiej. USG wykazało wodonercze, czyli z polskiego na nasze mocz zamiast sobie płynąć z nerek do pęcherza i dalej na zewnątrz zbierał się w drogach moczowych. Patrzy na to, że pacjent musi mieć jakąś przeszkodę, ale, że dalej ten mocz w jakichś ilościach oddaje, nie jest to tak bardzo oczywiste.
-No to jak sika, to zróbmy tę analizę moczu- zadecydowaliśmy.
-I morfologię- dorzucił ktoś.
Wyniki nam przyszły i się okazało, że w krwi trochę za dużo krwinek białych, ale nie żeby dramatyzować bardzo, troszkę anemicznie, a poza tym to okej. Wynik badania moczu też nam jednoznacznie nie wyjaśnił, co tam się dzieje, bo wyniki niespecyficzne były, trochę bakterii, troche erytrocytów w osadzie. W międzyczasie wirtualnie zleciliśmy jeszcze badania biochemiczne- mocznik i kreatyninę. I wyszło, że parametry są podwyższone, co już nam powiedziało, że coś w tej nerce się jednak dzieje.
-I teraz musicie zdecydować czy leczycie pacjentkę ambulatoryjnie, czy kładziecie w szpitalu-
-No kładziemy- szybka decyzja, ale nie ma łatwo bo oddziałów parę do wyboru jest.
-Nefrologia? Urologia? A może chirurgia czy transplantologia?
No i nie wiadomo. Po chwili jednak zdecydowaliśmy się na nefrologię, bo w końcu problem jak na razie był bardziej internistyczny niż zabiegowy. Dalej sprawdziliśmy elektrolity, z których wyszło nam, że mamy doczynienia z niewydolnością nerek, a na koniec pani asystent wydusiła z nas jeszcze zlecenie CRP, którego podwyższenie nam ostatecznie powiedziało, że to jednak proces zapalny z towarzyszącą mu niewydolnością nerek. Mnożyły się w tym zalegającym moczu bakterie, ale w tym badanym nie obajwiły się w całej swej okazałości, bo po prostu nie zdążyły się znacząco namnożyć bez dłuższego zalegania w pęcherzu, przez co analiza ta była nieadekwatna do tego co się właściwie działo na wyższych piętrach owej moczowej machinerii. Zajęcia miały się ku końcowi, wirtualnie odesłaliśmy pacjenta (który realnie już był wyleczony) na oddział, a całe zamieszanie spowodowane było problemem z cewniczkiem który został kiedyś zastosowany z powodu zrostów w moczowodzie, a teraz się złośliwie przemieścił. I pierwsze zajęcia z nefrologii dobiegły końca. Chyba pierwsze w ogóle poprowadzone w taki sposób. Nie analizowaliśmy badań, wyników etc. mając je przed oczami, a sami musieliśmy pomyśleć co zlecić, co podejrzewać, a wyniki przychodziły potem. Bardzo pozytywnie i oby nie było tak tylko na dobry początek.


mehoffey 2010-01-07 22:12:16
skomentuj (1)
Po staremu...

Może w końcu literki ułożą się w jakieś zgrabne słowa, a te w jakieś chociaż logiczne zdania? Splot przeróżnych okoliczności sprawił, że trochę kurzu tutaj osiadło, czas się zatrzymał, bywa. W tak zwanym międzyczasie minęła większa część semestru, na horyzoncie zarysowują się barykady twierdzy, którą po dobicu do brzegu pod koniec stycznia trzeba będzie z sukcesem zdobyć, coby w rejs poprzez kolejny semestr wyruszyć. W tak zwanym międzyczasie działo się trochę dobrego, bywały zajęcia ciekawe, z których wynosiłem konkretną wiedzę, konkretne umiejetności, ale doświadczyłem też drugiej strony medalu, czyli marnowania czasu na bezcelowe stanie za plecami asystenta na sali operacyjnej, czy ciągnące się w nieskończoność oczekiwanie na seminarium. Niektóre sytuacje wyprowadzały z równowagi, inne w końcu spotykały się z obojętnością, ale poczucie złego zorganizowania naszych studiów wciąż narasta. I miałem okazję się przekonać, że to nie jest tylko moje narzekanie, ale potwierdzają to opinie innych studentów. A jako jeden przykład niech posłużą wymagania praktyczne dla studentów stomatologii, którzy muszą wyleczyć, wyrwać, zalakierować określoną ilość zębów w ciągu semestru. U nas wymagania praktyczne istnieją na tablicach ogłoszeń, pod hasłem co student umieć powinien, ale najważniejsze to przerobić cały obszerny materiał teoretyczny, a rozmowa z pacjentem, analiza historii choroby, badanie fizykalne jeśli starczy czasu (są na szczęście chlubne wyjątki od tej reguły, które może kiedyś będą stanowić większość). A poza tą całą machiną? Czas ucieka nieubłaganie, ledwo zauważam kiedy mija tydzień. Z poniedziałku zaraz robi się czwartkowy wieczór, a potem nagle znów budzik dzwoni obwieszczając początek nowego tygodnia. Wydaje się, że dopiero był pierwszy października, ale za chwilę otworzę oczy i będę ślęczał nad patomorfologią, ucząc się do mega egzaminu. Bieg ten lekko przeraża, bo razem z nim przychodzą zmiany, rzeczywistość się przebudowuje i nie rzecz w tym, żeby to zatrzymać, ale lekko zwolnić może, bo niepokojąco dużo przecieka przez palce. Najbardziej ostatnio było dużo wolnego, rekreacyjny wyjazd, odpoczynek od książek, szpitala i dyżurów, aby jutro z większym zapałem powrócić do kołowrotu. Przyszedł też ten nowy, i co? Słońce wstało jak zawsze, śnieg popadał, radio zagrało, dzień jak codzień, tylko cyferki się zmieniły i świeży kalendarz na ścianie...


mehoffey 2010-01-03 13:05:39
skomentuj (1)
Czytam...
Charlie
Mysterious
Krowilandia
Kardiolog (in spe)
Katie

Dusiciel
Dziobak
Tranquilizer
Lena
Gucio
Ika
Deadalive
Morfeusz
Domka
Vertigo
Vogue
Dr Nika
Nikita
Dr Lecter