::księga gości::


2011
lipiec
czerwiec
maj
2010
listopad
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
styczeń
2009
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
statystyka
Ynterna.

Zebrawszy się w jednym, umówionym miejscu, całą piątką radośnie szliśmy do sekretariatu, coby zgłosić się na egzamin praktyczny. Byliśmy na schodach, zostawiając za sobą powiew lekkiego zdenerowania, kiedy wymawiając moje nazwisko, zawołał za nami asystent. Trudno było się wyprzeć, więc przyznałem się do pochodzenia z owego rodu.
-Pan zdaje u mnie - powiedział doktor - Proszę ze mną- dodał i skierował swe kroki na kardiologiczną erkę.
Tym spoosbem znalazłem się dokładnie w punkcie wyjścia. Traf chciał, że kończyłem tę kilkuletnią, internistyczną edukację, w miejscu startu- pierwszych, pielęgniarskich praktyk, gdzie miałem swój pierwszy kontakt z pacjentem, szpitalem, wkłuciami, chorobami i personelem medycznym od powiedzmy to podszewki fartucha. I chociaż było to in plus, bo otoczenie znajome, przyjazne i z nazwy intensywne, to jednak pojawił się innego rodzaju, lekki stres, bo nie byłem już zielonym praktykantem w wymiętym fartuchu, kóremu palnięcie każdej głupoty uszłoby na sucho.
-Proszę zbadać pana- powiedział asystent wybierając mi pierwszego pacjenta przy drzwiach i poszedł do innych obowiązków.
-Dzień dobry, nazywam się... Czy mogę pana zbadać i porozmawiać?- zacząłem.
Cóż było chłopinie odpowiedzieć, przytaknął, a ja przez chwilę nie wiem, czy to przez te cholerne buty od garnituru, czy te kanciaste spodnie, poczułem się jak nieporadne dziecko, nie mogąc odnaleźć się w sytuacji. Zacząłem pytać, stojąc, wziąłem kartę z łóżka, potem wyjąłem notesik, odłożyłem kartę na szafkę pacjenta, znów ją wziąłem.
Trzeba było wziąć białe spodnie i szpitalne obuwie, a fartucha nie prasować... Ogarnąłem sie po chwili, dojrzałem stołeczek dla odwiedzających, usadowiłem się wygodnie i zacząłem wywiadowczą konwersację. 
A dlaczego, a kiedy, a bolało, a gdzie, a jak, a promieniowało, a gdzie, a długo, a stale, a duszno, a słabo, a na coś się pan leczy, a leki przyjmuje, a... Pokonwersowaliśmy z panem pacjentem, szczęsliwie nie trafił mi się gawędziarz, a konkretny człowiek, w dodatku poza przebytym zawałem kompletnie zdrowy. Potem pora na badanie i słuchanie przyszła, proszę oddychać, nie oddychać i takie tam i w końcu:
-Proszę się położyć, zbadam panu brzuch- rzekłem.- Nigdzie nie boli jak dotykam?-
Nie bolał, ale niestety przyszła kolej na moją wieczną bolączkę. Wątroba. Nigdy nie umiem jej wyczuć, czy powiększona, czy nie powiększona, czy to może ona wystaje spod tego łuku, czy to moje imaginacje. Nie lepiej było tym razem. Opukowo była powiększona, w badaniu palpacyjnym za cholerę brzegu wyczuć nie mogłem. Postanowiłem później zagrać w ene-due-rabe-chińczyk-połknął-żabę... celem zdecydowania czy rzeczywiście jest powiększona, czy może jednak nie. Badanie dokończyłem i korzystając z nieograniczonego limitu czasu wziąłem się za spisanie infomracji, coby się w tym nie pogubić, bo do tego też mam tendencje. Zbliżała się wizyta i w międzyczasie na łóżku pojawiła się historia choroby pana pacjenta, którą na koniec sobie przejrzalem i już miałem wychodzić, kiedy mój bezproblemowy pacjent zapytał:
-Doczytał się pan tam, że mam tam to coś-
-Zespół preekescytacji?- zapytałem, bo fakt stało tak w karcie.
-O tak, tak właśnie-
-A jak to było rozpoznane?- zapytałem.
I tu niespodzianka. Ze trzy razy pytałem o hospitalizacje, pobyty w szpitalu i leczenie, ale ani razu pan pacjent nie wspomniał o tym jednym epizodzie rozrywającego bólu w klatce piersiowej, kiedy to trafił na SOR i tam był cudownie uleczony. Dopisałem nowe informacje na końcu i pacjentowi podziękowąłem. Zaczęła się wizyta, której przewodził mój egzaminator, a jako, że na oddziale już pojawili się praktykanci, przy okazji posłuchałem jak przy kolejnych pacjentach tłumaczy młodszym adeptom medycyny zawiłości ekg. Kolejna sala, najciężej chorych, pierwszy w kolejce nowo przyjęty pacjent.
Ten byłby dobry na praktyczny pomyślałem sobie. Nieprzytomny, sedowany, wentylowany mechanicznie, po NZK. W dodatku przywieziony z terenu. Tutaj z kolei odbyła się lekcja organizacji opieki medycznej, bowiem jak nam zakomunikował mój egzaminator, pacjent taki powinien w szpitalu terenowym leczyć się na tamtejszej intensywnej terapii, a nie podróżować po województwie. Nic to. Czas płynął, a przede mną była jeszcze egzaminacyjna rozmowa, a przed gabinetem kolejka doktorów na słówko do doktora. Czekałem, czas płynął, jedna koleżanka skończyła, druge też wyszła szczęśliwa.
-Jest pan już gotowy?- doktor wyszedł z gabinetu.
Ano chyba byłem. Pogadaliśmy kilkanaście minut, popatrzyłem w szlaczki ekg, poopowiadałem trochę o zawale, o bólu w piersiowej klatce, o chorobie wieńcowej. Koniec. Tak zwyczajnie, bez fajerwerków. Ulga.
Dopełnieniem tego szczęśliwego dnia była trója z immunologii. I miał powstać tutaj obszerny speech jak to cały misternie obmyślony punktowy system, który podobno ma sprawić, że będę więcej z owego przedmiotu umiał, jest wart tyle co nic; ale nie mam na to kompletnie ochoty. Zakopuję immunologiczny koszmar głęboko we wspomnieniach, obym nie musiał się już nigdy w takim zakresie w tym babrać. Wakacje? Za jeden egzamin. Ale najpierw kilka dni wytchnienia. W końcu mi się należy.


mehoffey 2011-07-04 23:09:00
skomentuj (0)
Słowo na "i".

Przeżyłem farmakologię, patomorfologię, udało się zdać test z interny, diagnostyka też za mną z przyzwoitym efektem. I tak dobiegnie końca moja kariera na studiach medycznych, bo pogrąży mnie egzamin z immunologii. Piąty rok, za tydzień z okładem praktyczny egzamin z interny a ja czytam o dopełniaczu, przeciwciałach i jakiś podgrupach limfocytów. Szczeklik odgłogiem leży, książka do EKG czeka cierpliwie, ale na ile jej tej cierpliwości wystarczy, nie wiem. I jeszcze żebym się solidnie uczył... Przeczytam stronę czy dwie i wpadnę na pomysł posłuchania jakiejś piosenki, która akurat zabrzmi w głowie, albo zrobienia sobie kakao, tudzież dobrej herbatki, a może pięć minut drzemki... I tym sposobem czas mi ucieka i nic konstruktywnego nie robię, bo przecież egzamin z mojego ukochanego przedmiotu niebawem. Po sprzątnięciu materiałów z diagnostyki wyjąłem skserowane przeróżne tetsy i przeczytawszy kilka pytań doznałem niemałego szoku. Każde pytanie jak z innej bajki, materiał który nie występował nigdzie indziej i to jest najgorsze. Diagnostyka, farmakologia, interna gdzieś to się zazębiało między sobą, a tutaj 80% informacji to sama sobie nauka i odrębna dziedzina. Materiał do zrealizowania według triady 3xZ, tylko ja mam na wstępie problem z tym pierwszym zet i absolutnie nic głowy mi się nie trzyma. Może zadziała zasada głupiego szczęścia? Bo poprawki, która ponoć ma mieć formę rozmowy z profesorem, to ja sobie nie wyobrażam...


mehoffey 2011-06-18 11:56:40
skomentuj (0)
Ileż można...

Internistyczna teoria do przodu. Bez szału, ale wielkiej tragedii też nie ma. Czyli jak zwykle. Pytania były, o dziwo, w miarę normalne i odnoszące się bardziej do praktyki klinicznej, niż do naukowych wywodów o niuansach chorób wewnętrznych. Nie obyło się oczywiście bez toczni, rzsów, chondrokalcynozy i łacińsich nazw odmian ziarnicy złośliwej, ale cztery lata w kółku anestezjologicznym w kilku pytaniach przydały się bardzo i chyba uratowały mnie przed dołączeniem do jakże pokaźnego grona oblanych stanowiącego blisko połowę roku (sic!). Krótko mowiąc egzamin okazał się pogromem, czego nie spodziewał się nikt, biorąc pod uwagę fakt, że w roku poprzednim nie zdało osób kilka. Czy to zasługa małej liczby pytań z powtarzającego się rokrocznie zestawu, czy złej organizacji dydaktyki w ogóle, nie mnie to oceniać, pewnie jak zazwyczaj przyczyn jest wiele, ale tegoroczny wynik z pewnością okaże się być przyczynkiem do dyskusji w gronie pedagogicznym, a przynajmniej powinien. I pozostaje mieć tylko nadzieję, że dyskusja z jedną z asystentek, skądinąd otwartą na studentów i sensownie podchodzącą do nauczania, o tym ile czasu poświęcamy na internę i dlaczego nie więcej, w której próbowaliśmy jej uświadomić, a był to dzień czterogodzinnej, punktowanej mordęgi z immunologii, że nauka na te zajęcia zajęła nam poprzedniego dnia tyle czasu, że na dokładne poczytanie o przysadce już go nie starczyło. Teraz kolejny etap internistycznej batalii przede mną, czyli zgłębianie tajników kardiologii i elektrokardiograficznych szlaczków na egzamin praktyczny. Prolog już miałem na intensywnej terapii, gdzie pod koniec tygodnia się wybrałem, żeby podyżurowac z moją Mentorką. Przyjęty tego samego dnia pacjent zaprezentował salwy pobudzeń komorowych jakby żywcem wzięte z książki do EKG. W ogóle dzien był bardzo intensywny, więc czas minął szybko i trzeba było wracać do domu, gdzie czekała diagnostyka laboratoryjna, z którą to spędzam aktualnie czas ucząc sie do kolejnego egzaminu. W głowie mam już kołomyję totalną. Dzisiaj zasypiając myślałem o obliczaniu BUN i markerach białkomoczu kłębuszkowego i cewkowego, śniła mi się kwasica metaboliczna, a obudził test z synactenem. A jeszcze gdzieś pomiędzy moje ulubione i ukochane markery białaczek i nowotworów przeróżnych, i oczywiście lipidemie i wszelkie cholesterolemie, apolipoproteiny i chylomikrony, których chyba nigdy się nie nauczę, z uwagi na jakąś blokadę która nie pozwala zapamiętać więcej niż HDL dobry, LDL zły i trójglicerydy oraz cholesterol całkowity wysokie, znaczy źle. Poza stricte naukowymi sprawami, które zajmują studentów w sesji, co oczywiste, uczelnia zapewnia nam również atrakcje osiągające totalne i dotychczas niewyobrażalne szczyty absurdów, o których ciężko nawet pisać, a wystarczy to streścić słowami burdel totalny, w którym nikt nic nie może, a władzę nad uczelnia przejął komputerowy wirtualny dziekanat - program jakże skuteczenie wprowadzony w tym roku akademickim. I tak właśnie podstępnie weszliśmy pod dyktat maszyn... Uchowaj losie... Czas na powrót w laboratoryjne ostępy...


mehoffey 2011-06-12 15:17:21
skomentuj (0)