Stażowanie.

4 komentarzy

Brzmi poważnie. Niczym Grey’s Anatomy. A guzik! Stażowanie to takie trochę przedłużenie studiów. Niby doktor, ale jednak stażysta. A jeszcze w szpitalu klinicznym… Mimo wszystko wybór był bardzo dobry. Wszystko zależy od chęci i własnego zaangażowania. Masz ochotę biegać za pielęgniarkami i lekarzami, kłuć, badać, zadawać pytania, siedzieć do nocy w szpitalu czy to na chirurgii czy internie? Proszę bardzo. Chcesz się urwać na inny oddział bo rozważasz tę specjalizację, ale w programie stażu jej nie ma? Uda Ci się. Masz obrany cel życiowy, wiesz, że chcesz zająć się daną działką i planujesz  spędzić maksymalnie dużo czasu na wybranym oddziale? Też jakoś dasz radę. 11 czas do miasta? I to się uda, nikt siłą trzymać Cię nie będzie, a nawet czasem ucieszą się, że mają więcej powietrza dla siebie w dyżurce.

Z dyplomem w kieszeni nikt za rękę nie prowadzi. Nikt też nie wychodzi z inicjatywą, aby coś pokazać czy czegoś młodego adepta sztuki medycznej nauczyć . Wszystko leży w naszych rękach. I chociaż czasem trafiają się wyjątkowo oporne jednostki wśród starszych lekarzy, które albo wykorzystają stażystę do papierkowej roboty, albo w ogóle będą traktować go jakby nie istniał, to w większości każdy chętnie dzieli się wiedzą i umiejętnościami. W końcu wszyscy byli w tym miejscu. Rok stażu można w dużej mierze przebimbać. Nikt się  nie połapie, zawsze znajdzie się dobra dusza która podbije dyżur i wygoni do domu, bo po co pan/pani będzie tu siedzieć. Pytanie tylko czy warto? Za rok, już niecały, kiedy dostaniemy to pełne PWZ, nie będzie już tak łatwo pozbyć się ciężaru odpowiedzialności. A i wymagania wobec nas chyba też wzrosną.

Za kilka lat stażu ma nie być. Studia już są podobno inne. Wszystko się zmienia, ale już po tych kilku miesiącach wiem z doświadczenia własnego, jak i z opowieści, że to najlepszy rok w życiu lekarza. Po tych sześciu, w głównej mierze teoretycznych latach, w końcu jest się po tej praktycznej, codziennej stronie medycyny. Miękko przechodzi się od studiowania do praktykowania. Czy stażowy szósty rok studiów zda egzamin? Nie wiem. Ale czasem lepsze jest wrogiem dobrego.

Przede mną jeszcze kilka miesięcy. Dwa LEPy, znaczy się LEKi. Wybór specjalizacji już za mną, chyba, że nagle mnie coś olśni i jednak kilkuletnie zapatrywanie na anestezjologię i intensywną terapię przemieni się w coś kompletnie innego, ale i tak przyszłość osnuta jest mgłą. Gdzie? Jak i czy w ogóle, bo miejsc coraz mniej, bo z rezydenturami coś kombinują, bo anestezjologiczny rynek się powoli wysyca… I tak utwierdzając się coraz mocniej wraz z każdym dyżurem ze słusznością wyboru, rośnie obawa że na tej ostatniej prostej coś pójdzie nie tak. Ale… No dlaczego akurat mnie ma się nie udać?





Dotarłem do finiszu. Sześć, podobno najlepszych w życiu, lat studiów za mną. Już blisko miesiąć mogę się tytułować lekarzem. Z dyplomu. Pardon. Z zaświadczenia z dziekanatu, bowiem tego pierwszego jeszcze nie dostałem. Podobno już wydają odpisy, trzeba będzie się wybrać. Wypadałoby podsumować, spojrzeć wstecz, zajrzeć do archiwum tego mocno zakurzonego bloga. Może jeszcze na to za wcześnie, bo w pamięci wciąż mam godziny ćwiczeń w podpieraniu ścian, na krzesełkach w barku, czy na wygodnych kanapach w szpitalu dziecięcym i minuty sensownych zajęć, z zaangażowaniem asystenta i przy łóżku pacjenta. Godziny nudnych i bezbarwnych seminariów, na których przysypialiśmy, czytaliśmy książki niemedyczne, czy uczyliśmy się do kolokwiów, i minuty tych ciekawie prowadzonych, krótkich, treściwych i zapadających w pamięć. Godziny traktowania studentów jako zło konieczne, którzy przeszkadzają tylko w pędzie z operacji czy oddziału do kolejnego gabinetu i minuty partnerskiego podejścia, podczas których byliśmy traktowani jak młodzi adepci, którym ten czy ów asystent, oprócz praktycznej wiedzy medycznej, starał się wpoić trochę swojego doświadczenia z codziennej, przyziemnej medycyny. Na początku studiów, kiedy trafiłem na SOR jako pacjent, spotkałem młodą stażystkę, od słowa do słowa zgadaliśmy się, że jestem młodym studentem wiadomego kierunku, a że był to czas chyba biochemiczno-histologiczny, czyli okolice drugiego roku, powiedziała mi Studiuj, studiuj, studia jakoś trzeba przetrwać, ale potem praca jest fajna. Wspominałem te słowa wiele razy, wydaje mnie się, że nawet gdzieś tutaj, bo z roku na rok przekonywałem się, że to kwintesencja studiów medycznych. Wchodzimy w ten zawód w momencie protestów, zamieszania z refundacjami, niedostępnością miejsc rezydenckich, niewiadomą jeśli chodzi o nasze specjalizacje, kwestią stażu i reformy studiów medycznych. Jedne rzeczy nas dotyczą, inne już albo jeszcze nie, ale z tego miejsca w którym teraz jestem widzę, że zmiany trzeba zacząć od nas samych, tak studentów, jak i asystentów. Z jednej strony więcej chęci, mniej lenistwa, a z drugiej sensowne podejście i selekcja wiedzy którą się chce przekazać, bo tej ogromnej działki, jaką jest medycyna, w takim zakresie jak to próbuje się teraz zrobić nie da się opanować ani w pięć, ani w sześć ani w dziesięć lat. Nie wierzę, że układający plan tych studiów nie mają tej świadomości. Mam nadzieję, że w końcu stanie się ona ważniejsza niż odpowiednia liczba godzin dydaktycznych dla każdej katedry. W tym momencie pięcioletnich studiów medycznych nawet moja rozległa wyobraźnia nie potrafi ogarnąć. 



  • RSS