| Z życia przyszłego medyka... |
| ::księga
gości:: 2011 lipiec czerwiec maj 2010 listopad czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2009 październik sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
|
Ynterna.
Zebrawszy się w jednym, umówionym miejscu, całą piątką radośnie szliśmy do sekretariatu, coby zgłosić się na egzamin praktyczny. Byliśmy na schodach, zostawiając za sobą powiew lekkiego zdenerowania, kiedy wymawiając moje nazwisko, zawołał za nami asystent. Trudno było się wyprzeć, więc przyznałem się do pochodzenia z owego rodu. mehoffey 2011-07-04 23:09:00 skomentuj (0) Słowo na "i". Przeżyłem farmakologię, patomorfologię, udało się zdać test z interny, diagnostyka też za mną z przyzwoitym efektem. I tak dobiegnie końca moja kariera na studiach medycznych, bo pogrąży mnie egzamin z immunologii. Piąty rok, za tydzień z okładem praktyczny egzamin z interny a ja czytam o dopełniaczu, przeciwciałach i jakiś podgrupach limfocytów. Szczeklik odgłogiem leży, książka do EKG czeka cierpliwie, ale na ile jej tej cierpliwości wystarczy, nie wiem. I jeszcze żebym się solidnie uczył... Przeczytam stronę czy dwie i wpadnę na pomysł posłuchania jakiejś piosenki, która akurat zabrzmi w głowie, albo zrobienia sobie kakao, tudzież dobrej herbatki, a może pięć minut drzemki... I tym sposobem czas mi ucieka i nic konstruktywnego nie robię, bo przecież egzamin z mojego ukochanego przedmiotu niebawem. Po sprzątnięciu materiałów z diagnostyki wyjąłem skserowane przeróżne tetsy i przeczytawszy kilka pytań doznałem niemałego szoku. Każde pytanie jak z innej bajki, materiał który nie występował nigdzie indziej i to jest najgorsze. Diagnostyka, farmakologia, interna gdzieś to się zazębiało między sobą, a tutaj 80% informacji to sama sobie nauka i odrębna dziedzina. Materiał do zrealizowania według triady 3xZ, tylko ja mam na wstępie problem z tym pierwszym zet i absolutnie nic głowy mi się nie trzyma. Może zadziała zasada głupiego szczęścia? Bo poprawki, która ponoć ma mieć formę rozmowy z profesorem, to ja sobie nie wyobrażam... mehoffey 2011-06-18 11:56:40 skomentuj (0) Ileż można... Internistyczna teoria do przodu. Bez szału, ale wielkiej tragedii też nie ma. Czyli jak zwykle. Pytania były, o dziwo, w miarę normalne i odnoszące się bardziej do praktyki klinicznej, niż do naukowych wywodów o niuansach chorób wewnętrznych. Nie obyło się oczywiście bez toczni, rzsów, chondrokalcynozy i łacińsich nazw odmian ziarnicy złośliwej, ale cztery lata w kółku anestezjologicznym w kilku pytaniach przydały się bardzo i chyba uratowały mnie przed dołączeniem do jakże pokaźnego grona oblanych stanowiącego blisko połowę roku (sic!). Krótko mowiąc egzamin okazał się pogromem, czego nie spodziewał się nikt, biorąc pod uwagę fakt, że w roku poprzednim nie zdało osób kilka. Czy to zasługa małej liczby pytań z powtarzającego się rokrocznie zestawu, czy złej organizacji dydaktyki w ogóle, nie mnie to oceniać, pewnie jak zazwyczaj przyczyn jest wiele, ale tegoroczny wynik z pewnością okaże się być przyczynkiem do dyskusji w gronie pedagogicznym, a przynajmniej powinien. I pozostaje mieć tylko nadzieję, że dyskusja z jedną z asystentek, skądinąd otwartą na studentów i sensownie podchodzącą do nauczania, o tym ile czasu poświęcamy na internę i dlaczego nie więcej, w której próbowaliśmy jej uświadomić, a był to dzień czterogodzinnej, punktowanej mordęgi z immunologii, że nauka na te zajęcia zajęła nam poprzedniego dnia tyle czasu, że na dokładne poczytanie o przysadce już go nie starczyło. Teraz kolejny etap internistycznej batalii przede mną, czyli zgłębianie tajników kardiologii i elektrokardiograficznych szlaczków na egzamin praktyczny. Prolog już miałem na intensywnej terapii, gdzie pod koniec tygodnia się wybrałem, żeby podyżurowac z moją Mentorką. Przyjęty tego samego dnia pacjent zaprezentował salwy pobudzeń komorowych jakby żywcem wzięte z książki do EKG. W ogóle dzien był bardzo intensywny, więc czas minął szybko i trzeba było wracać do domu, gdzie czekała diagnostyka laboratoryjna, z którą to spędzam aktualnie czas ucząc sie do kolejnego egzaminu. W głowie mam już kołomyję totalną. Dzisiaj zasypiając myślałem o obliczaniu BUN i markerach białkomoczu kłębuszkowego i cewkowego, śniła mi się kwasica metaboliczna, a obudził test z synactenem. A jeszcze gdzieś pomiędzy moje ulubione i ukochane markery białaczek i nowotworów przeróżnych, i oczywiście lipidemie i wszelkie cholesterolemie, apolipoproteiny i chylomikrony, których chyba nigdy się nie nauczę, z uwagi na jakąś blokadę która nie pozwala zapamiętać więcej niż HDL dobry, LDL zły i trójglicerydy oraz cholesterol całkowity wysokie, znaczy źle. Poza stricte naukowymi sprawami, które zajmują studentów w sesji, co oczywiste, uczelnia zapewnia nam również atrakcje osiągające totalne i dotychczas niewyobrażalne szczyty absurdów, o których ciężko nawet pisać, a wystarczy to streścić słowami burdel totalny, w którym nikt nic nie może, a władzę nad uczelnia przejął komputerowy wirtualny dziekanat - program jakże skuteczenie wprowadzony w tym roku akademickim. I tak właśnie podstępnie weszliśmy pod dyktat maszyn... Uchowaj losie... Czas na powrót w laboratoryjne ostępy... mehoffey 2011-06-12 15:17:21 skomentuj (0) |
| |